środa, 7 listopada 2018

Instrukcja obsługi czytania poezji

Instrukcja obsługi czytania poezji


Poezja jest wspaniałym wynalazkiem, który od tysięcy lat dawał możliwość upustu ludzkim emocją.
Zupełnie nie rozumiem dlaczego dziś jest wycinkiem całości, który składa się na literaturę. wycinek ten jest przez większość z nas pomijany, niezauważany... Z poezją wiążą się również dziwne, stereotypowe skojarzenia. Jednym przyjdzie na myśl postać zadufanego w sobie intelektualisty, który czyta poezję, bo to nie literatura dla pospólstwa. Inni pomyślą o pretensjonalnym pseudoartyście we francuskim berecie i butelce szkockiej w dłoni. Tylko ciągle zastanawiam się... Dlaczego? Poezja zawsze była tworzona dla nas. Zwykłych ludzi. Abyśmy ją czytali, przeżywali i chłonęli, nie omijali.

Warto ją czytać, gdyż jest to bardzo intymny proces. Jest to jak gra w kalambury na której bardzo musimy się skoncentrować, nie pozwalać się rozpraszać. Trenuje nasz mózg, wyobraźnię, pozwala dopowiadać pewne rzeczy, przepuszczać je przez siebie i przenieść się w zupełnie inny świat. Większość z nas zapewne jest do niej zrażona, bo po latach edukacji poezja kojarzy się nam z podmiotem lirycznym, środkami artystycznego wyrazu, Mickiewiczem i Szymborską. Słuchaniem, że to nie jest do końca tak jak nam się wydaje, gdyż nasze Panie Nauczyciel były z Norwidem na kawie i wiedzą ,,co miał na myśli" pisząc ,,W Weronie". Ale przecież nie wolno nam się zniechęcać. Gwarantuję, że jeśli odetniemy się od szkolnych nawyków to przestaniemy krzywić się na sam widok symetrycznie poukładanych wersów. Kiedy przestaniemy szukać rymów żeńskich i męskich czy sylab po których pada średniówka, skupimy się zaś na słowach i obrazach jakie malują to... Pokochamy ten proces. Zobaczycie, że ta dumnie brzmiąca poezja może być tak samo fajna jak tekst ulubionej piosenki. Wystarczy odciąć się od tej niczym wyciągniętej z laboratorium ,,analizy wiersza" i podejść do tego inaczej. Stąd mój przepis na to, jak spędzić chwile z tomikiem wierszy w ręku i delektować się nim strona po stronie.

1. Stwórz dla siebie atmosferę taką jaką lubisz

Jest to chyba dość oczywista sprawa. Proces czytania poezji ma być dla nas czymś relaksującym, warto więc zadbać o odpowiednią atmosferę. Każdy z nas wie co lubi najbardziej i to siebie w tym wypadku powinien posłuchać. Może gorąca kąpiel z lampka wina? Może ławka w parku w jesienne popołudnie, kiedy złote drzewa oświetla delikatne, słoneczne światło? A może po po prostu własne łóżko, herbata i jazzowa muzyka w tle? Możliwości i kombinacji jest tysiące i każdy z nas powinien wybrać coś dla siebie.



2. Pamiętaj, że to nie podmiot liryczny tylko autor

Jak ja nie znosiłam tego ciągłego wpajania pojęcia podmiotu lirycznego. Do tej pory nie rozumiem kim on jest. Pamiętaj, że to co widzimy zostało napisane przez żywego człowieka. Nieważne, że słowa mogą być włożone w usta Eneasza czy leśnej nimfy. To człowiek taki jak my siedział nad kartką papieru, on się zastanawiał i trudził tworząc ów utwór. To on nam chciał coś przekazać. Czytanie poezji to jak zabawa w tabu z drugim człowiekiem. To on do nas mówi, zaś my musimy domyśleć się o co mu chodzi, chociaż czasem tłumaczy pewne rzeczy bardzo na około.

3. Dowiedz się czegokolwiek na temat autora

Zazwyczaj wystarczy 5 minutowy research wpisując nazwisko w google. Warto po prostu wiedzieć kim jest osoba, która do nas mówi. Kiedy żyła, w jakiej epoce tworzyła, w jakim kraju, czym się zajmowała. Zupełnie inaczej odbierzemy wiersze nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca, inaczej zmieniającego kobiety jak skarpetki Witkacego.

4. Spróbuj zaprzyjaźnić się z podstawowymi motywami literackimi

To właściwie nie obowiązkowy punkt, raczej przeznaczony dla tych ambitniejszych czytelników. Większość pewnie będziemy kojarzyć z czasów szkolnych i stopniowo sobie je przypominać. Po prostu warto wiedzieć kim była Wenus, kiedy poeta będzie przyrównywał do niej swoją wybrankę.



5. Czytaj wiersze zdaniami nie wersami

Mówimy też zdaniami, prawda? Tak samo warto czytać wiersze, kiedy chcemy je zrozumieć. Nienaturalnie wplecione pauzy są stworzone po to, aby wiersz ładnie brzmiał, gdy chcemy go wyrecytować. Aby go zrozumieć musimy po prostu przełożyć go na zdania. Spójrz na fragment utworu K.K. Baczyńskiego ,,Zatoki".

Od szumiących fal zatok
serce mi ogłuchło,
napełnione przestrzenią
błękitem napuchłą.
Słowa szare jak skały,
niepotrzebne, huczące,
przetapiały się w złoto
w lawie słońca gorącej.

A teraz po ludzku, w zdaniach, tak żeby zrozumieć:

Od szumiących fal zatok serce mi ogłuchło. Napełnione przestrzenią, błękitem napuchłą. Słowa szare jak skały, niepotrzebne, huczące przetapiały się w złoto w lawie słońca gorącej.

Już teraz jesteście w stanie wyobrazić sobie niespełna dwudziestoletniego Krzysia stojącego nad brzegiem morza, którego serce zachwyca się pięknym widokiem? Widzicie jak słowa same pod wpływem emocji przychodzą mu do głowy i tworzy swój wiersz?


6. Jeśli nie rozumiesz, to w myślach omów sobie o czym każde zdanie było

Po prostu zatrzymaj się, popatrz na zdanie i zastanów się co może ono znaczyć. Czasem poprzez zawiłą składnie ciężko jest coś zauważyć od razu. Wróćmy do powyższego przykładu.

Od szumiących fal zatok serce mi ogłuchło. Napełnione przestrzenią, błękitem napuchłą.

Jeśli nie za bardzo wiemy od razu o co chodzi warto się tu zatrzymać i chwilę zastanowić. Nie od razu widać, że serce zostało napełnione przestrzenią błękitem napuchłą, czyli po prostu pięknym morskim krajobrazem, gdzie pełno jest morskiego koloru wody i błękitnego nieba. Niebieski jest tam po prostu wszechobecny.

7. Nie zawsze szukaj drugiego dna

I to jest chyba najważniejszy punkt całego mojego wywodu. Nie zawsze zwyczajny opis porannych czynności czy spaceru przez wieczorne ulice Paryża muszą nieść głębsze przesłanie. Niech odpowiedź na klasyczne pytanie ,,co autor miał na myśli" nie będzie celem samym w sobie. Niech będzie nim zabawa z poetą w zgadywanki. Jeśli nie zrozumiemy danego utworu to też nic się nie stanie. Po prostu warto wtedy przerzucić kartkę dalej i zająć się kolejnym utworem. Czytanie poezji ma być przede wszystkim zabawą, nie powodem do frustracji. Między nami to niektóre wiersze są po prostu o niczym. Tak jak powieści, filmy czy piosenki. 


Jesień to idealny czas aby spróbować zaprzyjaźnić się z poezją. Może nawet spróbować napisać coś samemu? Osobiście uważam, że oprócz tych okropnych wiatrów, ciemnych poranków to jesień jest najbardziej liryczną porą roku. Wtedy właśnie wchłaniam największą ilość książek, nowej muzyki czy filmów. Bardzo często staram się próbować wtedy czegoś nowego. Upiec ciasto z nowego przepisu, zrobić rzecz, której nigdy wcześniej nie robiłam, chociażby wspinaczka. Może Ty również spróbujesz czegoś nowego lub dasz druga szansę poezji? Spotkaj się z nią choć na jeden wieczorek i pozwólcie się poznać od nowa, bez szkolnych uprzedzeń. Kto wie, może polubicie się już na dobre?



piątek, 5 października 2018

10 rzeczy do zrobienia w Atenach – jak wyciągnąć z miasta to co najlepsze

10 rzeczy do zrobienia w Atenach – jak wyciągnąć z miasta to co najlepsze







Wakacje dawno dobiegły końca, pogoda również nie daje o tym zapomnieć przez ostatnie dni. Każdy włożył już pewnie jesienny uniform, kupił do szafki zapas herbaty, może nawet co poniektórzy złapali pierwsze jesienne przeziębienie. Jesień bywa piękną porą roku, szczególnie ta wczesna na przełomie września i października. Nie ukrywam jednak, że chyba jestem pierwszą osobą na tym świecie, która z nostalgią wraca do wakacji. Dlatego właśnie często uciekam wspomnieniami czy przeglądam zdjęcia z tej najlepszej według mnie pory roku. Tak będzie i dziś, bo myślami wracam do Aten.

W poprzednim wpisie, który możecie przeczytać TUTAJ pisałam o tym jak właściwie w Atenach się znalazłam. Wyraziłam też swoją ogólną opinię o tym mieście, co mnie zauroczyło, co zaskoczyło, a co wręcz odrzuciło. Ciężko mi jednoznacznie określić jakie dokładnie wrażenie wywarło na mnie to miejsce. Wiem jedno, jest kilka rzeczy, które trzeba koniecznie w Atenach zrobić, aby wyssać z miasta to co najlepsze. Aby przenieść się choć na chwilę w świat starożytnych greków i poczuć, że faktycznie jesteśmy w miejscu, które można nazwać początkiem naszej cywilizacji.  Nie samą historią jednak szczycą się Ateny, bowiem będąc w tym miejscu można posmakować choć przez chwilę tego, jak wygląda życie w dużym, Europejskim mieście w którym jednocześnie drzemie głośny i wesoły bałkański duch.

1.  Przebiec się po Stadionie Panatenajskim

Grecy nazywają go Kalimarmaro, co oznacza zbudowany z dobrego marmuru i właśnie pod tą nazwą częściej wśród nich funkcjonuje. Początki budowli sięgają do III wieku przed naszą erą i pierwotnie był on zbudowany z drewna, dziś możemy podziwiać jego marmurową rekonstrukcję. Jest ogromny, jasny i pięknie zharmonizowany jak przystało na grecką architekturę. Można obejrzeć go z ulicy, ja polecam jednak wyskubać 3 euro z portfela i po prostu tam być. Usiąść na trybunach, wejść na ich najwyższe piętro czy właśnie przebiec się choć kawałek po bieżni. Choć przez chwilę wyobrazić sobie, że znajdujemy się wśród innych olimpijczyków z nagim i pięknie wyrzeźbionym ciałem, trybuny wypełniają tłumy, a gdzieś w oddali na najlepszego czeka wieniec laurowy.



2. Kąpiel w morzu

Rzecz prosta, ale czym są wakacje bez kąpieli w morzu? Analogicznie czym jest wizyta w ,,ciepłych krajach" bez słono-orzeźwiającej kąpieli? Trzeba pamiętać, że Ateny są i zawsze były miastem portowym. Należy więc wrzucić do plecaka ręczniczek i strój kąpielowy, następnie w przerwie między zwiedzaniem mieć na uwadze wypad na plażę. Albo zaplanować cały dzień wygrzewania się i chłodzenia na zmianę. Czego dusza zapragnie.

3. Wizyta na Anafiotce

Wchodząc w ten malutki zakątek w samym sercu miasta przez chwilę czułam się jak Alicja wchodząca do Krainy Czarów. Nie przesadzam, dzięki temu magicznemu zaułkowi możemy choć na chwilę przenieść się na wyspy greckie. Zupełnie jak cykladzcy robotnicy, którzy przenieśli sobie wyspy w samo centrum miasta. Anafiotka jest to malutki skrawek dzielnicy Plaka, który został zabudowany w nielegalny sposób przez robotników, którzy przybyli do Aten. I te charakterystyczne białe domki z czerwoną dachówką, wąskie uliczki, schodki i kociaki wylegujące się na każdym kroku zagościły w Atenach na zawsze. Polecam wybrać się tutaj chwilę przed zachodem słońca, gdyż światło wtedy najpiękniej odbija się od bielonych budynków.



4. Wypić frappe

Myślę, że nikt nie będzie się temu opierał, zwłaszcza po kilkugodzinnym spacerze w palącym słońcu. Choć sama jestem zwolennikiem zwykłej czarnej  kawy bez dodatków to ten grecki specjał stał się moim nieodłącznym towarzyszem w zwiedzaniu. Połączenie kawy rozpuszczalnej, lodu, cukru i dużej ilości mleka nigdzie nie smakowało mi tak dobrze jak właśnie w Grecji. Tradycyjnie będę zachęcać do chwili odpoczynku i zatrzymania się w kawiarni. Zwłaszcza, gdy uda nam się odnaleźć przyjemne, zaciszne miejsce i wypicia kawy na miejscu, nie w plastikowym kubku na wynos. Była to jedna z rzeczy, która przeraziła mnie w Atenach – ilość odpadów generowanych przez samych Greków, którzy piją frappe takeaway czyli w plastikowym kubku ze słomką.



5. Wspiąć się na Akropol i pobłądzić po okolicznych ruinach

Droga na Akropol prowadzi przez kolejne ruiny i pozostałości po naszych przodkach. Po drodze możemy znaleźć Teatr Dionizosa czy Odeon Herodota Attyka jak i wiele innych pozostałości. Warto przy każdym się zatrzymać, napić wody, wziąć chwilę oddechu i może poczytać o tym miejscu jakieś ciekawostki. Usiąść na ławce w cieniu oliwnego drzewa i popatrzeć. Pomyśleć jak wiele pracy kosztowało ludzi wzniesienie tak majestatycznych budowli bez dźwigu i innych maszyn pomocniczych. Wyobrazić sobie jak wyglądali przybywający tu w swoich epiblematiach Grecy, którzy przychodzili składać tu swe modły czy ofiary lub gdy spali tygodniami pod świątynią Asklepiosa czekając na sen w którym bożek podpowie im jak wyleczyć się z ciężkiej choroby. Polecam skorzystać i oddać się tym refleksjom po drodze, gdyż na górze czekają na nas najlepsze i najlepiej zachowane zabytki jak również dzikie tłumy turystów.



6. Najeść się granatów i pomarańczy

Tutaj chyba nic dodać nic ująć. Grzechem będzie nie jeść lokalnych owoców będąc w miejscu gdzie są one trzy razy tańsze niż w naszym kraju i... dziesięć razy pyszniejsze. Powiem szczerze, że nigdy nie jadłam tak pysznej pomarańczy jak ta niepozorna, mała z plamkami na skórce, miejscami zielona, zakupiona na targu była najsłodszą, najsoczystszą tym samym nie aromatyzowaną pomarańczą jaką jadłam.



7. Obejrzeć zmianę warty żołnierzy pod Parlamentem

Parlament w Atenach to jeden chyba z najbrzydszych budynków w całej stolicy. Pod nim stacjonują żołnierze, którzy o każdej pełnej godzinie w bardzo cudaczny sposób przechodzą zmianę warty. Jest to zjawisko niecodzienne, dla mnie osobiście przypominające długie bocianie kroki wykonywane  na komendę przewodniczącego. Ciężko mi było się nie uśmiechać,  choć wiem, że nie wypada. Warto je zobaczyć, zwłaszcza, że w Polsce nie przykłada się do tego aż tak wielkiej uwagi.



8. Wizyta na tagu głównym na placu Omonia

Nie polecam spacerowania tam w pojedynkę, szczególnie wieczorową porą. Dzielnica ma niezbyt dobrą sławę nawet wśród samych Greków. Wieczorami stanowi miejsce spotkań dla wszystkich typów spod ciemnej gwiazdy, których za dnia tam również nie brakuje. Osobiście skusił mnie tam sam targ, bo od zawsze lubiłam w takie miejsca chodzić i był to targ z prawdziwego zdarzenia na którym można było znaleźć wszystko. Łącznie z targiem mięsnym i rybnym tylko i wyłącznie dla osób o mocnych nerwach bo zapach i widok krwi z każdej strony nie należał do najprzyjemniejszych. Jednak miejsce to stanowiło dla mnie przypomnienie, że znajdujemy się właśnie na Bałkanach. Tych kolorowych, głośnych i radosnych.

9. Zjeść pitę gyros w przydrożnym fastfoodzie

Nie spróbować greckiej pity to tak jak nie zjeść pizzy we Włoszech czy kebaba w Turcji. Ten niezwykle tani i pyszny fastfood jest przysmakiem tubylców i turystów zazwyczaj też. Jego ceny to zazwyczaj od 1,5 do 4 euro w zależności od miejsca. To co odróżniało grecką pitę od tej jedzonej przeze mnie w Polsce to fakt, że razem z mięsem, warzywami i sosem w pieczywo zawijane były frytki co po kilku minutach nie stanowiło najlepszego połączenia. Wzięłam się jednak na sposób i najpierw wyjadałam frytki a dopiero potem całą resztę i było pysznie.

10. Oglądać zachód słońca ze Wzgórza Muz

To jest punkt obowiązkowy dla każdego, kto będzie miał okazję spędzić choć jeden wieczór w Atenach.  Był to jeden z najbardziej zjawiskowych zachodów słońca jakie miałam okazję oglądać w swoim życiu. Sama droga na wzgórze jest bardzo przyjemna, prowadząca przez oliwne aleje wciąż zataczające serpentyny. Całe wzgórze gdy jest skąpane w promieniach zachodzącego słońca wydaje się być żółte. Po jednej stronie widać majestatycznie stojący Akropol, po drugiej zaś zabudowę miasta i znajdujące się w oddali morze oraz pobliskie wyspy. To najlepszy punkt widokowy na jakim kiedykolwiek byłam. Ciekawostką jest, że fragment wzgórza był przeznaczony dawniej na więzienie w którym znajdował się między innymi Sokrates.  Skubany, piękne miał te widoki!


Mam nadzieję, że zainspirujecie się choć jedną pozycją z listy rzeczy do zrobienia w Greckiej stolicy. Sama nie wyobrażam sobie jak mój wyjazd wyglądałby bez oglądania zachodu słońca z widokiem na akropol czy litrów frappe. Jeśli byliście w Atenach co polecilibyście zobaczyć przyjezdnym? Są według was jakieś rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić, których nie umieściłam na swojej liście?

piątek, 28 września 2018

Ateny – o spontanicznym wyjeździe, który nie zrujnuje Twojego portfela

Ateny – o spontanicznym wyjeździe, który nie zrujnuje Twojego portfela
Najfajniejsze w byciu studentem jest ten trzeci miesiąc wolnego.  Ciężko, naprawdę ciężko jest mi sobie wyobrazić życie bez wakacji, dlatego warto cieszyć się nimi póki jeszcze można, bo jak wiadomo wszystko się kiedyś kończy. Tak też będzie z trzymiesięcznymi wakacjami. Ważne jest wiec, by wykorzystać dane nam dni jak najlepiej i wycisnąć z nich co się tylko da. Jako przeciętna studentka spędziłam wakacje od końca sesji do praktycznie połowy września w pracy z wyjątkiem jednego wyjazdu. W ostatnie dni przed powrotem do studenckich obowiązków zawsze starałam się jednak już nie pracować, wziąć kilka dni wolnego, aby móc troszkę odsapnąć i naładować energię przed kolejnymi intensywnymi miesiącami. Tak było i w tym roku. Chciałam jednak spędzić ostatnie dni aktywnie i stawiałam na wyjazd do Malborka lub w polskie góry. Postanowiłam również sprawdzić ceny biletów lotniczych do Lwowa, bo nie chciałam aby wyjazd kosztował mnie majątek, więc Ukraina wydawała się rozsądnym wyborem. I właśnie przez to szukanie lotów wylądowałam w Atenach.


Bilety lotnicze znalazłam za 240 zł od osoby w obie strony w czasie, który idealnie mi odpowiadał czyli w odstępie 5 dni. Nie było to może wybitnie tanie znalezisko, ale wciąż w granicach rozsądku jeśli chodzi o Grecję. Zanim zdecydowałam się je kupić pomyślałam, że wypada zrobić szybki research noclegów. Odpaliłam Airbnb, które jak dotąd jest moją ulubioną formą noclegów i w dosłownie 10 minut znalazłam pokój idealny - ok. 3 km oddalony od centrum, więc w typowo greckiej dzielnicy zamieszkanej przez Greków, gdzie w knajpach nie ma już menu po angielsku, blisko stacji metra i ze śniadaniami każdego dnia. Cała ta przyjemność wynosiła 7 euro za dobę. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem to nie będzie rozpustne z mojej strony... Przekalkulowałam, że na wypad po koniec września nie chciałam przeznaczyć więcej niż 500 zł. Nocleg i przeloty to w zaokrągleniu 360 zł, więc pozostałoby mi około 140 zł na frappe, pite z gyrosem i inne przyjemności... Pomyślałam, że w końcu wejście na Akropol znajduje się gdzieś daleko na mojej liście marzeń, która jest po to żeby ją spełniać więc kupiłam bilety.

Wciąż niewyremontowane kamienice z potencjałem spotyka się na każdym rogu w Atenach, zaraz obok głównych ulic
Zostało mi tylko wyczekiwać przez te 2 tygodnie i po pracy wyszukiwać praktycznych informacji o Atenach, jak na przykład ceny transportu z lotniska czy konkretnych atrakcji turystycznych. Im więcej czasu jednak poświęcałam na czytanie kolejnych blogowych wpisów czy odtwarzanie filmików na youtube tym więcej obaw nabierałam. O Atenach wcześniej nie wiedziałam za wiele. Może inaczej, wiedziałam, że jest to kolebka naszej cywilizacji, że to miejsce narodzin demokracji czy wygnania Sokratesa, że jest tam Akropol, Forum Romanum no i Stadion Pantenajski, gdzie odbyły się pierwsze nowożytne Igrzyska Olimpijskie, lecz nie wiedziałam zupełnie nic o współczesnym obrazie miasta. I nie wiem dlaczego uroiłam sobie w głowie, że skoro są nad morzem, to pewnie będą wyglądać jak te wszystkie wyspy greckie, których zdjęcia namiętnie przeglądam na instagramie. Obawiałam się, że może być tam również drogo, straszyli mnie tym wszyscy znajomi wracający z Zakyntos czy Krety, co mocno nadszarpnęłoby mój budżet. Po przyjeździe na miejsce dotarło do mnie jak bardzo się myliłam. I to właśnie lubię w podróżowaniu!

Pierwsze wrażenie 

 

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to fakt, że Ateny są takie jakieś....nieładne. Są całe białe, ale nie jest to ładna biel. Przeważająca w 90% zabudowa wygląda jak polskie blokowisko wybudowane w latach 70. Dokładnie takie, na jakim znajdowała się moja podstawówka i gimnazjum, może stąd to pierwsze skojarzenie. Sama zabudowa jest również zaniedbana, co doskonale pokazuje kryzys w jakim znajduje się Grecja od kilku lat. Jeśli chodzi o zabudowę miasta, trudno się dziwić, że nie wygląda najlepiej. Grecja przez ponad 400 lat znajdowała się pod okupacją Imperium Osmańskiego, przez ten czas Ateny pozostawały raczej miastem prowincjonalnym.  Po odzyskaniu niepodległości w 1821 roku przez Grecję stały się stolicą, jak również miejscem ucieczki greckich wygnańców ze Stambułu i innych miejsc zamieszkiwanych przez nich w Azji mniejszej. Do początku XX wieku przybyło ich ponad milion, zastana zabudowa Aten nie była przygotowana do przyjęcia tak ogromnej ilości ludzi. Swoje też zrobiła tu II Wojna Światowa i hitlerowskie Niemcy, gdyż miasto pozostawało przez 3 lata pod ich okupacją. Ponadto dziś żyje tu ponad 4 miliony ludzi, których gdzieś trzeba pomieścić. Kiedy zrozumiałam te kilka prostych zależności bardziej wyrozumiałym okiem zaczęłam patrzeć na miasto i zwracać uwagę na inne drobiazgi, niż marudzenie na to jak bardzo się rozczarowałam. I w sumie po tych 4 dniach wałęsania się po nich nawet się polubiliśmy.

Panorama Aten – antyczne budowle gubią się w morzu blokowisk

Komunikacja miejska i dojazd z lotniska

 

Na terenach Aten sprawnie działają trzy linie metra. Są również mniej sprawnie działające trolejbusy, autobusy i tramwaje. Niestety tu trzeba uzbroić się w cierpliwość, gdyż korki na głównych ulicach są niezmiennie ogromne o godzinie 2 w nocy, 6 rano czy 19. Osobiście korzystałam z jednej linii tramwajowej 5, która niestety jeździła dosyć powoli, ale był to jedyny sposób dostania się na plażę, gdyż tramwaj jeździł wzdłuż wybrzeża. Cenny biletów to 1,40 euro za bilet normalny i 0,60 euro za bilet ulgowy. Aby korzystać z możliwości jazdy z ulgą najpierw trzeba wyrobić kartę na stacji metra. Osobiście większą część miasta zwiedzałam pieszo i z komunikacji miejskiej korzystałam zaledwie 4 razy. Wychodzę z założenia, że przemieszczanie się z miejsca w miejsce to również świetny sposób na zwiedzanie i poznawanie miasta, w końcu nie przyjeżdża się w dane miejsce po to, aby zwiedzać stacje metra. Zazwyczaj więc trasy do 4 km pokonuje pieszo.

Dojazd z lotniska do Aten jest dosyć prosty. Do wyboru ma się dwie opcje. Jedną z nich jest pociąg podmiejski, koszt dojazdu do centrum Aten to 10 euro i brak możliwości ulgowych biletów. Przemierza on trasę około 15 minut szybciej niż opcja numer dwa czyli autobus. Na lotnisko z Placu Syntagma (czyli miejsce w sercu miasta) jedzie około godziny. Bilet normalny to koszt 6 euro, zaś ulgowy to 3 (przysługuje uczniom i studentom oraz osobom do 18 roku życia). Z wiadomych powodów wybrałam opcję numer dwa.

Ceny w Atenach

 

Tu bardzo miło się zaskoczyłam, gdyż ceny w Atenach są bardzo, bardzo zbliżone do polskich cen w większych miastach. Zakupy robiłam zazwyczaj w mini marketach przy drodze lub na targu. Myślałam, że będę obiadokolacje przygotowywać sobie we własnym zakresie, aby nie przekraczać budżetu, tymczasem było to zupełnie nieopłacalne.Przykładowe ceny:

dwa owoce granatu – 50 eurocentów
butelka litrowa wody mineralnej – 17 eurocentów
pita gyros w nieturystycznej dzielnicy – od 1,5 do 3 euro
kawa frappe – 1,5 euro
cała grillowana ośmiornica, woda z cytryną, tzatziki z grillowanym chlebem na przystawkę w średniej klasy knajpce – 13, 5 euro
sok pomarańczowy 100% – 2 euro
spanakopita – 2 euro

Okolice targu centralnego, gdzie znajdziemy przysłowiowe ,,mydło i powidło". Oprócz jedzenia, mięsa (tylko dla ludzi o mocnych nerwach, sama uciekałam jak najszybciej widząc powieszone świńskie łby czy gicze) możemy upolować przyprawy, owoce czy starocie.


Atrakcje turystyczne

 

Jak wiadomo Ateny oferują powrót do antycznej przeszłości. Najważniejsze siedem pozostałości można zwiedzić w ramach jednego biletu kupując bilet wstępu na Akropol. Jeśli chcemy zwiedzać tylko wybrane ,,ruiny" bilety zazwyczaj kosztują 4 euro i odpowiednio 2 euro ulgowe. Samo wejście na Akropol kosztuje 20 euro, zaś w pakiecie rozszerzonym 30.  Osobiście uważam, że jeżeli ktoś nie jest historycznym maniakiem tak jak ja może sobie odpuścić zwiedzanie wszystkiego. Wtedy wybrałabym wejście na Akropol i odwiedzenie Hefajsteonu, gdyż te dwie rzeczy zrobiły na mnie największe wrażenie. Forum Romanum czy pozostałości Biblioteki Hadriana równie dobrze można zobaczyć z poziomu ulicy. Tutaj ważna informacja dla studentów! Jeżeli posiadacie ważną legitymację studencką i jesteście z krajów należących do Unii Europejskiej to pakiet siedmiu wejść macie całkowicie ZA DARMO. Tutaj doceniłam przywilej bycia studentem, bo 120 zł zostało w mojej kieszeni. Warto dodać, że karnet jest ważny przez 5 dni, także możemy dawkować sobie zwiedzanie.


Plaże w Atenach

 

Tak jak wspomniałam wcześniej Ateny to miasto nadmorskie. Nie możemy jednak oczekiwać, że plaże będą wyglądem przypominać te bajecznie piękne z wysp. Są to raczej dość małe, piaszczyste plaże z dostępem do czystego morza. Dzielą się na publiczne z których korzystałam oraz płatne. Istnieje również możliwość wypożyczenia leżaków i parasola w cenie 2 euro. Na plaże najlepiej dojechać na nie tak wcześniej wspomniałam tramwajem linii 5 i wysiąść na przystanku Kalamaki. Idąc wzdłuż wybrzeża na pewno znajdziemy miejsce dla siebie.

Plaża w okolicach przystanku Kalamaki

 

 Grecka gościnność 

 

Czytałam o niej przed wyjazdem, ale nie przywiązywałam większej uwagi, bo w końcu każdy kraj mówi o sobie, że jest gościnny. Tutaj zostałam bardzo miło zaskoczona. Mężczyzna od którego wynajmowaliśmy na Airbnb pokój okazał się najsympatyczniejszym hostem jakiego miałam okazję poznać, a nie był to pierwszy raz kiedy miałam okazję spać w ten sposób. Codziennie przynosił nam gotowe śniadanie, pytał czy smakowało i czy może coś zmienić. Powitał nas miską owoców i greckim, zimnym piwem w lodówce. Każdego dnia, gdy wracaliśmy po dniu zwiedzania niby przypadkiem wychodził na taras i dopytywał jak nam minął dzień, co robiliśmy, czy wszystko w porządku z pokojem, doradzał co warto zobaczyć. Ostatniego dnia, gdy zapytaliśmy jak dotrzeć na przystanek autobusu jadącego na lotnisku zaczął nam to tłumaczyć, po czym podsumował, że przecież i tak nas odprowadzi i nie jest to dla niego problem, że musimy wyjść o 6 rano. Widać to było również w knajpkach, gdzie nigdy nie widziałam tak uradowanego kelnera, gdy zobaczył, że do niego wróciliśmy, bo tak bardzo nam smakowało. Dostaliśmy zdecydowanie większe i atrakcyjniejsze porcje niż za pierwszym razem, oczywiście w tej samej cenie.



Moja ogólna opinia 

 

Uważam, że Ateny to miejsce, które zdecydowanie warto odwiedzić. Nie zrobiły na mnie może tak wielkiego wrażenia jak Rzym, którego historyczność przeplatała się z romantyzmem uliczek, lecz wciąż jestem pod dużym wrażeniem tego miasta. Jest to powiem połączenie antycznej kultury, wielkiej i nowoczesnej metropolii, klimatu bałkańskich targowisk i południowego luzu mówiącego ,,co masz zrobić dziś zrób jutro, dziś odpoczywaj". Nie chciałabym tu zamieszkać, tak jak wciąż niezmiennie marzy mi się z Maltą, lecz z chęcią wróciłabym tu za kilka lat. Jeżeli znajdziecie tanie loty w te stronę, albo szukacie miejsca na szybkie City Break, gdzie będziecie mogli pozwiedzać, wybawić się nocą i zrelaksować na plaży to chyba jeden z lepszych kierunków.

Sumując koszty całego pięciodniowego wyjazdu to 511 zł. Nie ograniczałam się tu specjalnie z zakupami, nie odmawiałam sobie frappe, jadłam ośmiornicę i pakowałam w siebie świeże granaty i pomarańczę. Próbowałam greckich wyrobów takich jak wino czy feta  i przywiozłam przysłowiowe magnesy dla mamy i babci. Myślę, że wydatki śmiało mogłabym obciąć, domawiając sobie przy tym swoich fanaberii, ale przecież nie o to chodzi.


Widzisz? Podróże wcale nie muszą wynosić zawrotnych sum, wystarczy po prostu chcieć jechać. Odkładając po 60 zł każdego miesiąca przez cały rok możemy nazbierać skromną sumkę, która pozwoli nam zajrzeć w kolejny zakątek świata.
Copyright © 2016 Mepriz , Blogger